#21 INTERDENT VOL.I

Pod koniec grudnia przeprowadziłam się do Poznania, by z początkiem stycznia rozpocząć pracę w gabinecie Interdent. Trafiłam tam w czasie, gdy szefostwo postanowiło pójść z duchem czasu i zrobić w gabinecie wielki makeover – przejść z enefzetów w całkowicie prywatną, bajerancką klinikę. Brzmi fantastycznie i tak początkowo zamysł traktowany był przez „górę” – poziom fantastyczności porównywalny do „Bajek Robotów” Lema.  Niedasię. Ludzie lubią za darmo. Ale co poradzić – sytuacja się zmienia, więc nie wolno stać w miejscu.

W powietrzu unosi się zapach przygody, zacieram rączki.

interdent_logo

Z tygodnia na tydzień obserwuję, jak dokonuje się kilka wnętrzarskich zmian, które dostrzegają pacjenci, pan od wywozu śmieci, serwisant – jest dobrze. Keep calm and carry on, marketing wewnętrzny in progress.

Z kolei z marketingiem zewnętrznym w polskiej stomatologii jest tak, że się czuję jak Kapitan Planeta za każdym razem, kiedy robię coś dobrego dla tego ogródka. Na całym świecie rozumie się doskonale, że stomatologia to już gałąź sektora usługowego i takimi prawami się mniej więcej rządzi. W Polsce pokutuje jednak myślenie, że do doktora pacjent przyjdzie zawsze. Bo musi. Bo to doktor. Tymczasem taki Kowalski ma wybór i niekoniecznie zawsze bezwzględnie stawia na NFZ – często ma uprzedzenia i poszukując miejsca swojego przyszłego zabiegu, wybiera starannie, komu powierzy swoje zdrowie i gdzie zostawi ciężko zarobione pieniądze. Poza tym ma pamięć wzrokową. I lubi piktogramy, oj lubi bardzo. Jest w gruncie rzeczy najzwyklejszym klientem – lubi, jak coś jest nie tylko solidne i jakościowo świetne, ale i najzwyczajniej w świecie ŁADNE.

Poza tym sukces „bogatych spółek” polega chyba nie tylko na oprzyrządowaniu za grube złotówki, ale też od tego, czy wyjdą z tym do ludzi i w jaki sposób to zrobią. Mistrzostwem świata jest tu dla mnie Dr Bart – człowiek-orkiestra – wydał bajkę dla dzieci (w sumie też kiedyś napisałam – może czas najwyższy to ustrojstwo zilustrować?), udziela się charytatywnie, prowadzi coś na kształt bloga. PR-owo po prostu przyjazny i chyba o to również chodzi – by nie straszyć, a zachęcać… mam na to swój mhroczny plan.

Zawsze chciałam zrobić taka zajebiaszczą kampanię reklamową dotyczącą mojej głównej pracy. Taki czelendż, budowanie marki praktycznie od podstaw i skonfrontowanie tego z rynkiem, oraz sprawdzenie, ile może zdziałać identyfikacja wizualna po liftingu, social media i internety. Zawsze realizując zlecenia typowo reklamowe wpadało się w cykl: zlecenie-wypłata-kolejne_zlecenie-wypłata i nie miałam okazji zobaczyć, jak faktycznie zachowuje się taka reklama w środowisku naturalnym. Firma działała, wiec gorzej raczej nie było, a klient zwykle przychodził po więcej materiałów. Tym razem pojawiła się szansa zobaczenia od środka, jak to działa – jakie są faktyczne koszty produkcji i czy słusznie psułam rynek, uginając się pod klienckim „zmniejszmy cenę, bo szefowa mnie zabije, a jeszcze wydrukować trzeba…”.

Reklamowy stuff wzięłam oczywiście na siebie, bo lubię, a także dlatego, że efekty będą widoczne w postaci ilości nowych pacjentów, których zdecydowanie miło byłoby mieć. Nic nie poradzę, lubię dłubać:-)

Na pierwszy rzut poszło logo, timeline cover na facebooka, naklejki dla małych odważnych pacjentów i nowa, autorska karta choroby. Ta ostatnia, mam nadzieje, usprawni trochę prace rejestracji, zaoszczędzi czas, pozwoli na jeszcze dokładniejszą diagnostykę i lepszą komunikacje z pacjentami. Poza tym jest ładna i kolorowa, co jest ważne, bo pacjent wypełnia ją sam:-)

interdent_baner

karta

 

PS. Oczywiście moje optymistyczne ćwierkanie zostało podsumowane: „Pani by się nadawała do tej Ameryki. Oni mówią na to <<wishful thinking>>”. Więcej wiary!

PS2. Wywalczyłam fifirifi w poczekalni;)

Ps3. Za pomocą Lenarda dokonałam rzeczy niemożliwej – mała kolczasta menda może się okazać odpowiedzią na problemy pedodoncji;)

Advertisements