–> Nowa zajawka – jeszcze bardziej grająca, świecąca i co tam jeszcze chcecie.

Czy się to komuś podoba, czy nie (freelance, bejbe!). Czy kogoś to motywuje, czy wręcz przeciwnie. Pracuję, przeżywam, miewam dosyć i pracuję jeszcze bardziej. Z rozbiegu może szybciej dotrę do soboty i uwierzę… Bo na razie to nie bardzo.

Skończyłam certyfikaty i identyfikatory na Konferencję. Uff. W przyszły piątek robimy wielki printing planów ramowych i mapek (400 sztuk -mła vs. drukarka), w monochromie niestety, ale w sumie może to i jakieś wyzwanie po ostatnich oczojebnie niebieskich akcjach. Baj de uej, bo mi się przypomniało ad tematu (www.adkuchni.blox.pl):

Grafos się wziął przepłukał, przedmuchał i zreanimował. Teraz ratuję rapidopodobne końcówki – odkryłam, że do udrażniania tych najcieńszych świetnie nadają się pilniki kanałowe Kerra :D Poważnie, moczenie w roztworach to jedno, ale z całą pewnością nic nie przeczyści końcówki 0.2 lepiej niż szary lub różowy Kerr:) Stomatologia stwarza mega możliwości do nauki grafiki i naprawy sprzętu :D

Dzisiaj można mnie uważać za jedno z najszczęśliwszych dzieci, a to za sprawą tych maleństw:

Te po lewej kocham jak swoje, a te z prawej – jeszcze bardziej ^_^

Rapidografy sprawują się znakomicie i kusi mnie perspektywa wydania niemoralnej sumy pieniążków na jeden z takich pisaczków kreślarskich (konkretnie Rotring 0.18 kręci i nęci mnie niesamowicie i z pewnością wart byłby przymierania głodem przez jakiś czas – pytanie tylko: rapid, czy iso? help, anybody?).

Ale! To cacuszko z prawej to najnowsza moja własność i miłość i w ogóle radość przeogromna – grafos Markant z 1976 r. z kompletem stalówek i końcówek a’la tuszograf – co prawda do reanimacji, ale jakaż to radość wielka będzie, jak doprowadzę go do stanu używalności (już nie mogę się doczekać:)). Dzięki!!! (tak, mam 5 lat i się tego nie wstydzę:D)

Poza tym robi się postapokaliptyczny ksiundz z ręczną wyrzutnią rakiet dla Pinky’ego, update intro dla Scapula.pl (w zasadzie ma już status:=DONE) i certyfikaty dla PTSS. Wreszcie zaczęło się robić spokojnie, a nawet przyjemnie:)

Byle do czwartku. Może później w końcu będzie czym oddychać… bo na razie strasznie tu duszno. Jest tylko projekt-projekt-projekt, event-event-event i nie ma absolutnie nic poza tym. Później (i tego jestem absolutnie pewna) też niczego innego nie będzie – ze mną włącznie – mam ochotę na jakiś miękki reset, wyjazd, zmianę otoczenia, coś takiego.

Plakat PTSS już wisi. Czas na stawianie kolejnych krzyżyków przy liście.

Powoli zaczynam zagospodarowywać szkicowniki, co mię cieszy niesamowicie, bo to znaczy, że wymuszona przerwa w rysunku odręcznym nie narobiła aż takich szkód, jakich się spodziewałam. Wielkie dzięki Robertowi za pożyczenie rapidografów – będę kochać jak swoje:)

W ogóle mega nius: http://artemis-jenny.deviantart.com – to małe nie przestaje mnie zadziwiać. G’woli wyjaśnienia: “toto” ma na imię Asieńka i od dłuższego czasu obserwuję z dumą, jak wykorzystuje potencjał spuścizny genetycznej… itd. W sensie, kuzynka. Mamy coś takiego dziwnego w rodzinie, nad czym w zasadzie każde pokolenie w jakiś tam sposób pracowało, mniej lub bardziej, i co dopadło też Asię:)

Na dobranoc – do posłuchania i pooglądania (Bert!). Staroć i suchar, ale dziś wyjątkowo smaczny. Czas rozpocząć bardzo ciężki tydzień…

i przy okazji znalezione, też yummy:

Myślałam, że jestem w stanie trzymać się mocno pracy, nie rozpraszać się, nie zatrzymywać i przemieniać porażki w coś namacalnego, kreatywnego, pozytywnego i (uwaga!) użytecznego. Nawet do pewnego momentu coś wychodziło z tych moich starań. Efekty widziały, widzą, lub widzieć będą drukarnię, więc teoretycznie powinno być dobrze. Myślałam, że jestem wystarczająco silna i mam należyty dystans. Chyba trochę za dużo myślałam i za dużo biegałam w kółko. I za bardzo chciałam zapomnieć o rzeczach, o których nie wolno mi pamiętać. W rezultacie siedzę w środku nocy w akademikowej kuchni (bo tu mają dobre oświetlenie) i razem z moim niebieskim, wielce miziable szkicownikiem próbuję dotrzeć do punktu, w którym byłam jakieś 2 miesiące temu. Naprawdę ciężka wycieczka. Surreal kiedyś pomagał mi w takich sytuacjach, ale wymaga zmiany myślenia i… nie wiem, czy jeszcze to umiem.

Jadąc do Szczecina ogarnęłam absolutne podstawy podstaw PHP, w nadziei, że mogą się przydać. I zgubiłam mojego ukochanego Artpena…

Na tyle wycenił mojego niewystarczająco uświadomionego wnerwa orbitrek. Już chyba wiem, dlaczego chłopcy lubią się napieprzać po buziach. Sympatyczne uczucie:]

Z innej beczki – modlitewniki zostały już wydrukowane:

Się wzięło zrobiło. Jestem zua i podoba mi się to :>

Przez najbliższy tydzień na www.scapula.pl !

Chciałam spokoju – mam zaspy wysokości pół metra i trzy trupy w domu. I spektakularny offline.

Cuba Libre – John Dorian – sobota – Vector Bitch – game over. Jestem do szpiku kości zła i… właściwie to bardzo sympatyczne uczucie:>

Pozwoliłam sobie przebimbać (relatywnie) cały dzień, odpocząć od kofeiny i dać organizmowi na nowo poznać znaczenie relaksu (nie powiem, bronił się). Za oknem szaleje zamieć śnieżna i… tak mi jakoś cicho, spokojnie, bezpiecznie. Poproszę więcej takich dni. Napracowałam się strasznie przez ostatnich 29.

Niemniej jednak męczę… no właśnie: flasha, czy animację poklatkową? Chyba to drugie bardziej – ładniej mi to wszystko wygląda, chociaż więcej waży.

Poza tym po raz kolejny doszłam do wniosku, że nie potrafię pracować z ludźmi – maszyny bywają czasem bardziej wyrozumiałe, niż np. pani z drukarni, czy kolejna (piąta?) osoba w ciągu dwóch dni, która do projektów wektorowych daje mi materiały w postaci bitmap i jeszcze raczy mnie fochem za sam fakt egzystencji (a “thx” i “sorry” nie są – niestety – synonimami “dziękuję” i “przepraszam”). Demonstracyjny facepalm. Jednak dobrze ktoś napisał kiedyś na Blipie, że accountów powinno się zaliczać do 10 najniezbędniejszych wynalazków ludzkości. Też chcę jednego.

Probably the best soundtrack do zajawki, którą właśnie robię (i tak pewnie nie przejdzie, ale przynajmniej nie pozwala mi zasnąć:))

(Wyjdę pewnie na pałkę, ale sorry – musiałam zedytować, bo do typo queen mi jeszcze trochę brakuje i – wstyd się przyznać – zdarzają mi się w tej materii błędy kompozycyjne. Zresztą A. miał rację, że tego akurat nie umiem. Wspominał też, że powinnam przestać przeginać z niebieskim…)

Po całym dniu zapierdzielania nie zrobiłam (oprócz tego, co powyżej) nic, co nadawałoby się do pokazania. Mimo ogólnej euforii wywołanej przez prawie (a może właśnie uber?) cuba libre (pieprzyć farmakologię w tym momencie, Kaś wynalazł panaceum!:D) nadal pracuje mi się ciężko. Chociaż na pewno przyjemniej i efektywniej:) Ale lekko nie jest i tak – trzeba wreszcie dla własnego zdrowia zacząć spać, jeść, oglądać filmy i spełniać zachcianki :>

Pałerplej na dziś. Bo tak!

Chu chu cha, agonia. Dotarłam do punktu, w którym część autonomiczna i somatyczna mojego organizmu in general stanowczo oznajmiła mi, że ma dosyć. Efekt tego jest taki, że leżę plackiem w łóżku i nie mam siły palcem ruszyć jakoś bardziej żywiołowo (szuram paznokciami po klawiaturze aktualnie). Mam dreszcze i nie mogę myśleć, ergo wszelkie projekty leżą mimo wielkich ambicji z mojej strony, dobrych chęci i ogólnie wielkiego poczucia obowiązku. Wymarzyłam sobie (kochany Mikołaju, Zajączku Wielkanocny i inne pomniejsze bóstwa) taką maszynę, za pomocą której mogłabym falami mózgowymi definiować krzywe Beziera, żeby tylko nie musieć się ruszać.

Czekam aż przejdzie. Na razie bezskutecznie. Ratunku?

Najświeższy raport z pola walki: